piątek, 27 czerwca 2014

wdech i wydech bohatera wąskiego gzymsu


jest całością i nie ma granic.
wymyka się opisom, więc bezcelowo
nie istnieje. przy wdechu uruchamia
zmysły. przygląda się błyszczącemu
ale nie lubi bocznego fletu. 
pomiędzy jedną dziurką a drugą
męczy go flauta. ta wygwizdana
historia może być o hibernacji
owiec, bo nawet w krótkim milczeniu
jest pewna siła – pewna i niemożliwa. 
ponieważ przyszłość nie jest jego opcją,

ta siła spala się przy pożegnaniach. 
bo żeby żyć, trzeba dużo wytrzymać. 
wyciągnąć głowę z plastikowego worka,
rozliczyć się z tego, co na języku 
i podobno wystarczy się nie bać,
zakochać się w gwałcicielu i w tym,
co w nim najgorsze, aż zostanie jeszcze
jeden krok, za którym świat i rzeczywistość
tracą powiązanie. wydech – bezcelowo
osiąga największe natężenie. 


sobota, 18 stycznia 2014

przypominalia

skoszona trawa nie zielenieje. całe to żywe wcześniej,
jakby cudze, drażniło, jakbym umierał, kiedy jeszcze
nie śnię. milion twarzy, jak mgła wymyślona przez sen,
głodne myśli, które nie miały pojęcia co ze mną zrobić,
gdzieś z dna wklęsłego slow emotion podniosą się w obraz.
siny dreszcz na horyzoncie, szkiełko wypolerowane
jak zimny kryształ w kredensie.

i wtedy, za rogiem, gdzie zawsze jest piękniej,
ogrodnik zieleni miejskiej zapyta spoza cienia:
pamiętasz ?  później światło stanie się gładkie,
bez zaczepnej chropowatości i tylko przez chwilę,
stoimy na czerwonym. 

sobota, 2 listopada 2013

zbierski point


też będziesz stary. radość bezczelnie błyska
w miarę matowienia ust. i wydaje się zbyt jawna,

a przez to mniej się stanie. w dolinie końca,
panika kreuje pustkę. bezwładny pęd starań,

pożegnanie z kontestacją, jakby liście spadając 
nie umierały jeszcze.

i jest, powiedzmy wtorek. ociera się o mnie
jaskrawa ulica. facet i hydrant spięci jak czoło
z pępkiem, wibrując ścigają się o niepotrzebność,
która wymaga potwierdzenia – w górę czy w dół ?
iść do punktu skupu szkła. rozbić się na drobno.

duszo moja – właśnie ścinam włosy.
tak pięknie jest teraz za rogiem ulicy.

czwartek, 15 sierpnia 2013

klam-REM

nic - to jest właśnie to, gdy zagryzam wargi. 
dzieje się tak we snach. w ostatniej fazie,
zmienia się, to owo nic w amerykański dream. 

wiatr pochyla dwa strachy na wróble jak nawias 
obejmujący drogę. środkiem, płyną przerywane 
wskazówki, dokąd mam jechać i po co. łączę linię, 

która ma tylko długość, a później ją przesuwam. 
po jednej stronie, jestem pędzelkiem archeologa. 
bliżej pobocza, pakietem familijnego relaksu. 

to w nim wszystko jest przeciwko mnie - cicho uśpione. 
z czasem, zaczynam ścinać zakręty, by rytm mijanych
kałuż mieścił się w lusterku. niech swobodnie schną, 

aż po eksterminację liter i terminów, zachodów słońca 
nad marami głosek i miejsc. mógłbym wtedy regularnie 
nie robić to owo nic, i że byłem człowiekiem, od klamry 
do klamry. 

niedziela, 14 lipca 2013

zrosty


lewa ręka drętwieje, w głowie rzęzi aż do bólu. 
moja gramatyka ogniskuje, pozwala rozkwilić się

i to jest ptasia melodia ale nie do snu. filozofia mówi: 
serce jest wtedy w niebie. pestka, w której kwitnie 

drzewo, dla której wczoraj była zima, a o jutrze 
nie wspomni. skoro to, co niepołączone - nie znaczy, 

na co ten ptak tak się żali ? że jest dzieckiem, 
w cieplarnianych warunkach, że wody płodowe 

podnoszą się jakby po niego wracały,
skoro wyrósł z piórek jak ze śpioszków?

cokolwiek ten lament dotknie, nie zmieści się w oku.
bo nikt mnie nie oślepił, a nie mogę oderwać się

od kombinacji smutku i zmartwienia
przed upadkiem - z karłowatego drzewa. 

sobota, 29 czerwca 2013

język jest niebezpieczny, kiedy nie możesz się nim dzielić.



ufam, że boli tylko to co żywe. taki talent,
samowola myśli po obu stronach ściany czoła.
i jest w tym jakieś skurwysyństwo
- dotkliwe i szczęśliwe.

przyjdzie czas, że otworzą moją czaszkę
wszyscy Ci, którzy wolą air conditioning 
 - zamiast Papieża

bo z tego nie wyjdzie nic. nic dziwnie stworzone.
jak przerażenie, że już nie ma o czym mówić
językiem, który nie wybuchnie i będzie trzeba 
żegnać się bez słowa.
- bez słowa!


niedziela, 9 czerwca 2013

nic po znajomości załatwić się nie uda, poeto.

już wiem jak pisać, dlatego nie piszę. ten tekst,
jest z bólu głowy, strachu przed niedoskonałością.

dzisiaj jestem pijany, przez śnieg w czerwcu z topoli,
przez sens sosnowskiego wiru, zgłębionego tuż przed
gwałtem brązowej wody. jutro, ludzie będą mnie śpiewać.
trzeba im w tym pomóc - więc żegnam cię cicho, znajoma
perfekcjo. dzień po porzuceniu, aranż zmieni się delikatnie.
cover bez ciała, z refrenen o wielkim szumie, w końcu puści
wiecznie wstrzymywany oddech. aż do finału, kiedy bedziesz
zazdrosna o moją niepowtarzalność - przytulna perfekcjo.